6 lipca 2009
Prosiłabym o powiadamianie pod tym adresem: kalejdoskop, ponieważ tam teraz częściej będę się pojawiać.
Z góry dziękuję :)



Nie wiem, czy wystarczajaco długo. Mam nadzieję, że jakoś Wam wynagrodzę ten wyskok z zakończeniem opowiadania. :) :D Zachwycona w 200% nie jestem, ale nie jest najgorzej. Szczerze mówiąc, chciałam napisać coś lepszego, ale dobra. xD
Dziękuję wszystkim za to, że tu byli przez te kilka miesięcy (prawie rok :O, dodając poprzednią wersję). Kolejne moje wypociny będą lepsze. ;>
Smacznego!



Drobne kropelki deszczu spadały z szarych chmur na ciemny asfalt ulicy. Wybijały werble na dachu małego kiosku, do którego właśnie podeszła bardzo niska brunetka. Mruknęła do łysiejącego sprzedawcy kilka słów o marlboro, rzuciła na blat dziesięciofuntowy banknot i szybko odeszła, nie czekając na resztę. Kierowcy zapewne przeklinali ją w myślach, bo nie zawróciła sobie głowy przejściem stu metrów do pasów dla pieszych – przebiegła przez ulicę w niedozwolonym miejscu.
Znowu znalazła się w obskurnym parku, obok ławeczki z łuszczącą się brązową farbą. Amelia rozpieczętowała paczkę papierosów i pospiesznie zapaliła jednego. Nie, nie była nałogowym palaczem, lecz bywała nim etatowo: kiedy tylko zdarzało się coś niezwykle stresującego. Taka była teoria i ona sama w tą teorię wierzyła. W praktyce wychodziło na to, że całe jej życie jest stresujące.
Odwróciła głowę na moment, bo za jej plecami rozległ się głośny pisk opon. Zobaczyła, jak jakiś nastolatek w porwanych dżinsach odpycha sprzed kół samochodu kilkuletnie dziecko, które zafascynowane wystawą po drugiej stronie ulicy odbiegło od mamy. Rozpędzony ford nie zdążył wyhamować i z impetem uderzył w chłopaka, a ten przeleciał nad pojazdem i z głuchym trzaskiem upadł na jezdnię.
- Śmierć na miejscu, natychmiastowa – powiedział lekarz pół godziny później.
Czy pamiętasz jeszcze prawdziwe poświęcenie? Czy pamiętasz w imię czego się poświęciłaś?

*

Siedziała nieruchomo wpatrzona w bladożółtą ścianę. Było południe.
Pomieszczenie wypełniało miękkie światło słoneczne, które sączyło się do środka poprzez błękitne zasłonki. Nie było tu dużo mebli – tylko te niezbędne do życia: łóżko, szafa i małe biurko zabrane ze strychu rodzinnego domu. Jedyną rzeczą świadczącą o tym, że właścicielka mieszkania pochodziła z bardzo starej i bogatej rodziny był puszysty, okrągły dywan utkany z najlepszej jakości nici. Była to pamiątka po babci. Jej Babci.
Odrzuciła długie kręcone i potargane włosy za chude ramiona – przestała zwracać uwagę na wygląd, ograniczyła się do absolutnego minimum: prysznica. Nie zawracała sobie także głowy regularnymi posiłkami, toteż wielu ludzi przerażała widocznymi tuż pod skórą kośćmi.
Amelia bardzo starała się oddychać spokojnie i głęboko. Uspokoić nerwy i uciszyć niebezpieczne myśli. Jeśli już teraz dręczyły ją wyrzuty sumienia, to czego ma się spodziewać po pierwszej misji?
Tylko że teraz było już za późno na wątpliwości. Kości zostały rzucone. Nie mogła się wycofać, straciła wolność. Od dziś musiała myśleć tylko o dążeniu do postawionego sobie celu. Skrzywiła się, czując ogień na lewym przedramieniu.
To dla ciebie, babciu. Dla ciebie się poświęcam.
Rozległ się cichy trzask, odgłos deportacji.


Ironia losu.
Tak to się chyba nazywa, prawda? Marzyła o karierze uzdrowicielki, o ratowaniu ludzkiego życia. Może nawet zatrudniłaby się w mugolskim szpitalu, aby ratować magią pacjentów pozostawionych na pastwę zwykłych lekarzy. Tak, to bardzo z jej strony było szlachetne. Sama śmiała się z tego, że teraz wychodziła na ciemną ulicę wraz z dwoma towarzyszami, aby to ludzkie życie zgnieść, obrócić w pył. Odebrać siłą.
Księżyc jaśniał wysoko na bezchmurnym letnim niebie w pełnej krasie. Pełnia. Z ukłuciem w sercu pomyślała o swoich dawnych przyjaciołach, Huncwotach, którzy teraz starali się pewnie zapanować nad Remusem gdzieś w mrocznym lesie pod Londynem. Gdyby tylko wybrała inną drogę, łatwiejszą, tę wypełnioną przebaczeniem a nie zemstą – teraz byłaby z nimi.
Zdradziłaś ich wszystkich – powiedział cienki głosik w jej głowie.
Kiedyś pewnie by się w takiej sytuacji rozpłakała, ale odkąd nie mogła sobie na takie sceny pozwalać, nauczyła się nie okazywać najmniejszych emocji i uczuć. Przybrała na stałe maskę obojętności i ani myślała jej zdejmować.
- Hewitt?
Tubalny głos mężczyzny idącego po jej lewej stronie przypomniał jej o rzeczywistości.
- Czego chcesz? – odpowiedziała z nieskrywaną niechęcią, nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Szczerze nie lubiła całej tej zgrai wielbicieli Czarnego Pana.
- Och, to nic takiego – zachichotał jej rozmówca. Jak zwykle nie opuszczał go dobry humor; Amelia czasami przyłapywała się na tym, że w miarę ciepło myśli o dowcipnym mięśniaku. – Nie wiem, czy wiesz, ale to ty masz załatwić tego urzędasa – dodał z dziwną satysfakcją. To miał być jej „pierwszy raz”.
Chociaż starała się tego nie okazywać, na samą myśl o tym ponurym obowiązku robiło jej się niedobrze. Była teraz obojętna, zła i Bóg jeden wie jaka jeszcze, ale nie potrafiła z zimną krwią zabić człowieka. Przynajmniej łudziła się, że nie potrafi. W rzeczywistości miało być zupełnie inaczej.
- Znam instrukcje, Preston.
Kolejne kilka minut szli w całkowitym milczeniu. Słychać było jedynie głuche dudnienie ich stóp o kamienny chodnik, szelest długich szat oraz pohukiwanie sów w oddali.
Kiedy wreszcie doszli do kamienicy z numerem 15, drugi z mężczyzn postanowił przerwać ciążącą ciszę.
- To trochę idiotyczne, że dobrze zarabiający pracownik Ministerstwa mieszka w najgorszej i najbiedniejszej dzielnicy Plymouth, prawda?
- Zamknij się, Mound – warknął Preston. – Czas na zabawę – dodał po chwili z szerokim uśmiechem, który z pewnością przeraziłby niejednego odważnego żołnierza. Amelia przez ułamek sekundy wahała się, czy nie uciec z krzykiem zamiast wejść do szarego budynku, ale zaraz potem przed oczami stanęła jej twarz babci i wszystko stało się jasne. Oczyściła umysł z wszelkich wątpliwości, błahostek, wzięła głęboki wdech i przekroczyła pewnym krokiem obdrapane drzwi.

Przesłuchanie zajęło im zaskakująco mało czasu. Przygotowani byli na kilka godzin tortur, tymczasem potrzebne informacje uzyskali zaraz po wyjęciu różdżek z kieszeni czarnych szat. Pozostała tylko jedna kwestia. Jeden mały szczegół i wszystko będzie załatwione.
- Poczekamy na dole. – Usłyszała złośliwy szept za swoimi plecami.
Patrzyła pustymi oczami na swoją ofiarę. Młody mężczyzna leżał na lakierowanej podłodze zwinięty w kłębek. Nie mógł otrząsnąć się z szoku wywołanego torturami (okrutny jak zawsze Preston nie mógł się powstrzymać). Nie miała ochoty się do tego przyznać, ale było jej go żal. Ilu jeszcze niewinnych będzie musiała zabić, żeby pomścić bliską sobie osobę? Ten człowiek wyglądał na góra trzydzieści lat, miał przed sobą całe życie. Może mógłby dożyć końca tyraństwa Voldemorta? Może kiedyś zobaczyłby szczęśliwą, spokojną Anglię?
Gdzieś tam na pewno jest jego matka, ojciec, prawdopodobnie brat albo siostra. Czy naprawdę chcesz wpędzać ich w rozpacz, z którą sama nie potrafiłaś się zmierzyć, Amelio?
Potrząsnęła głową, jakby to miało pomóc odpędzić wyrzuty sumienia. Odetchnęła głęboko i zamknęła oczy, wycelowawszy różdżkę w niepotrzebnego już urzędnika.
- Avada Kedavra – ledwie słyszalnie szepnęła, jednak można było wyczuć w jej głosie kolosalny chłód.
Wyzbyła się wszelkich skrupułów, za nic miała teraz życie ludzkie. Poświęciła swoje serce, duszę i wielu ludzi dla zemsty. Zabawne, jak ludzie potrafią być zaślepieni rozpaczą i bólem, że nie dostrzegają granicy pomiędzy dobrem a złem. Jakimi są hipokrytami. Walcząc przeciwko oprawcom, sami się nimi stają.
Nad kamienicą numer piętnaście do rana lśniła ogromna zielona czaszka wraz z wężem.


Co kilka minut pocierała nieświadomie lewą rękę. Tak szybko weszło jej to w nawyk. Niecierpliwie rozglądała się po pokoju, w którym razem z kilkoma innymi osobami czekała na Czarnego Pana. W zasadzie nic jej tu nie zachwycało, była przyzwyczajona do masywnych mebli pochodzących sprzed stuleci, do ozdobnych gobelinów, obrazów w wielkich pozłacanych ramach. Dom jej rodziny wyglądał identycznie.
Umysł dziewczyny zalała nagle fala wyblakłych wspomnień z dzieciństwa, ukrytych jakby we mgle, niewyraźnych. Wydawały się tak odległe, jakby wydarzyły się dziesiątki lat wcześniej. A przecież minęło tak niewiele czasu od chwili, w której biegała po wielkim ogrodzie razem z tatą. Od dawna jednak starała się nie rozpamiętywać tamtych beztroskich dni, przynosiły zbyt duży ból. Nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz spotkała się z rodzicami.
Za plecami zgromadzonych zaskrzypiały drzwi. Po chwili do pomieszczenia wszedł, a raczej wpłynął, niezwykle wysoki mężczyzna o bladej cerze i kruczoczarnych włosach. Bystrymi, ciemnymi oczami przenikał każdego z nich.
- Panie – odezwała się kobieta z burzą brązowych loków, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Ten tylko skinął głową, zachęcając ją, aby mówiła dalej. – Znamy większość członków tej żałosnej organizacji. – Jej głos przepełniony był tak ogromną nienawiścią, kiedy podawała nazwiska tego tuzina osób, że Amelia miała ochotę zatkać sobie uszy. Spotęgował to fakt, że wielu z wymienionych kiedyś uważała za bliskich przyjaciół. – Nadal nie możemy ustalić, gdzie odbywają się ich spotkania, ale to tylko kwestia czasu.
Hewitt w duchu dziękowała losowi, że podczas ostatniego lata ojciec bardzo sumiennie uczył jej oklumencji. Gdyby nie to, cały jej plan zemsty nie byłby możliwy do wykonania – przy pierwszym spotkaniu Voldemort przejrzałby ją. A tak zdołała dostać się do jego „elity”, była bardzo blisko wszelkich wydarzeń.
- Dumbledore nie będzie działał w ukryciu długo, wkrótce popełni jakiś błąd.
- Tak sądzisz, Dawsonie? – zapytał znienacka Czarny Pan. – Proszę, nie lekceważ starego Albusa.
Wszyscy wzdrygnęli się słysząc tak zimny ton. A powinni się przecież przyzwyczaić, w końcu nie przyszli do tego pokoju pierwszy raz.
Vlodemort spojrzał ponownie na kobietę, która przemówiła do niego wcześniej.
- Moja droga Bellatrix, świetnie się spisałaś. – W jego głosie dało się słyszeć niemal wdzięczność, nie mówił w ten sposób do nikogo innego.
A więc decyzja zapadła.


Jej plan był stosunkowo prosty. Ale tylko na początku, kiedy jeszcze siedziała w cieplutkim łóżku w swoim okrągłym dormitorium. Potem zaczęły się komplikacje, bo przecież trzeba było dostać się w jakiś cudowny sposób do szeregów Voldemorta. Udało się dzięki pracy w podejrzanym sklepie w pewnej ciemnej uliczce. Zyskanie swego rodzaju zaufania Czarnego Pana i jego „salonowych piesków” to dopiero było wyzwanie. Nadal nie wierzyła, że teraz sama była jednym z jego najbliższych współpracowników i że udało jej się dojść tak daleko w ciągu roku. W zasadzie w ogóle nie potrafiła zrozumieć, dlaczego przyjęto ją z otwartymi ramionami i bez żadnych zastrzeżeń.
Trzecim punktem było wybranie ulubieńca na ofiarę. Nie, ofiara to było dla niej za duże słowo, właściwie zamierzała po prostu wydać go aurorom. Pocałunek dementorów był zdecydowanie lepszy od morderstwa. I wyrównałaby rachunki – odebrałaby przecież czarnoksiężnikowi kogoś najbliższego, najdroższego mu, tak jak on odebrał jej Babcię.
Najbardziej przerażała ją ostatnia część idealnego planu zemsty: punkt czwarty. Ale o tym wolała nie myśleć w ogóle i bardzo dobrze sobie do tej pory radziła. Tylko że właśnie doszła do wypełniania „trzeciego punktu” i do ostatniego kroku został tydzień.
- Dobry wieczór – mruknęła wysoka blondynka, stanąwszy obok Amelii.
Wokół nie było nikogo, otaczały je tylko niewielkie kamienne budynki stojące tuż przy brukowanej uliczce. W oddali paliła się mglisto jakaś latarnia, rzucając nikły cień szyldu sklepowego na ścianę.
Hewitt doskonale zdawała sobie sprawę, że aurorzy wiedzą o jej powiązaniach z Voldemortem. Możliwe, że wiedzieli wszystko, nawet o jej zabójstwach.
- Miejmy to za sobą – dodała po kilku minutach ciszy Dorcas Meadowes.
- Hmm, jak bardzo interesuje cię Bellatrix Lastrange? – Na twarzy Amelii pojawił się dziki uśmiech tryumfu, kiedy pani auror z sykiem wypuściła powietrze. – Tak sądziłam. Chcę pomóc. Więcej: ja mogę pomóc i pomogę.
- Ciekawe jak? – zadrwiła jej rozmówczyni. A jednak nie wiedzieli o niej niczego. Z drugiej strony może być łatwiej, ponieważ nie będą sprawdzali milionów opcji podstępu. – Ta suka ukrywa się razem ze swoim pomylonym mężem gdzieś w Rosji.
Wytrzeszczyła oczy. Spodziewała się, że ministerstwo ma podrzucone, oczywiście mylne, informacje, ale nie aż tak nieprawdopodobne.
- Wiem, gdzie będzie za tydzień. – Hewitt opanowała wybuch śmiechu i starała się mówić poważnym tonem.
- Dziecko, ty nawet nie masz dwudziestu lat!
Amelia jednym ruchem podwinęła rękaw szaty i zaczęła wymachiwać tuż przed oczami Dorcas Mrocznym Znakiem. Widziała dokładnie, jak zszokował ją ten widok. Nie sądziła pewnie, że Czarny Pan znalazł sobie tak niedoświadczonych popleczników.
- Zamknij się lepiej i słuchaj... – rzucając zaklęcie niewerbalne, tym samym paraliżując Meadowes, kontynuowała – za tydzień Bellatrix będzie w Banku Gringotta, żeby zabrać pewną durną paczuszkę z krypty numer osiemset dwa. Zupełnie sama. Sobota. Północ. Skorzystaj z okazji i zrób, co trzeba. Mną się nie martw i tak w poniedziałek po jej aresztowaniu będę już martwa. Nie omieszkam przecież powiedzieć temu bydlakowi, że to ja wydałam aurorom jego ulubienicę. To nie jest żart, to zemsta.
Coś w jej oczach powiedziało zawsze chłodno kalkulującej pani auror, że ta młoda dziewczyna nie żartuje. Może to niewyobrażalny ból spowodowany stratą, a może szaleństwo wynikające z ogromnej chęci zemsty?
Z życzliwym uśmiechem Hewitt zdjęła zaklęcie i deportowała się z cichym trzaskiem, zanim oszołomiona kobieta zdążyła zareagować.

*

Rzuciła niedopałek na chodnik i odetchnęła głęboko, zakładając ręce na piersi. Jeszcze kilka minut i będzie mogła poczuć sie cudownie, lekko – tak jak kiedyś. W końcu spotka się z kimś tak sobie bliskim.
- Amelia? – Usłyszała przyjemnie ochrypły głos tuż na lewym uchem.
Tak dawno nic nie wywołało uśmiechu na jej twarzy! Błyskawicznie wstała i rzuciła się na szyję chłopakowi stojącemu obok ławki. Zapomniała, że w ramionach najbliższego przyjaciela czuła się tak bezpiecznie i pewnie. Nie istniało teraz nic poza nim. Być może stali tak tylko kilka sekund, jednak obydwojgu wydawało się to wiecznością. I oboje się z tego cieszyli, oboje potrzebowali bliskości tego drugiego.
Zaczęła płakać. Kolejny raz tego dnia.
- Syriuszu... – Odkleiła się od niego jedynie na minutę, aby spojrzeć w jego szare oczy. Były bardzo zmęczone, ale nadal radosne. Musiała zadrzeć głowę, żeby dosięgnąć wzrokiem jego twarzy. Dawno nie obcinał czarnych włosów i teraz spadały mu za brwi, na czole miał kilka zmarszczek: tak często musiał się czymś denerwować i stresować.
- Jestem z tobą.
Przecież on jej mógł nienawidzić. Wybrała tego, przeciwko któremu oni walczyli. Zadawała ból, tylko po to, żeby przyćmić swój. Jakby to mogło pomóc.
- Czy ty wiesz, że...?
- Wiem, kim jesteś – odpowiedział cicho, przerywając jej w połowie. – Nadal jesteś dla mnie ważna. Nadal jesteś moją małą Amelką.
Otarł jej łzy z policzków i usiadł na ławce, pociągając ją za sobą.
- Tak dawno się nie odzywałaś. Wiesz, że zemsta w niczym nie pomoże, prawda?
Tyle razy jej to tłumaczył. Nie miała siły nawet skinąć głową, napawała się przyjaznym tonem jego głosu. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej przyjaciela. Czuła się jak narkoman po odwyku i kilku latach bez ani jednej działki w chwili, w której znowu wkuwa strzykawkę z skórę. Robiła źle, będzie jej jeszcze trudniej iść na śmierć, ale była z natury egoistką, nie potrafiła sobie odmówić.
Syriusz cały czas mówił, patrząc z uśmiechem w jej czekoladowe oczy.
- Co się stało, że chciałaś się spotkać? – Odbiegł od tematu, widocznie przypomniało mu się pytanie, które powinien był zadać na samym początku. Tylko tak bardzo się cieszył.
- No tak, nic ci nie umknie. – Wzniosła teatralnie oczy ku niebu. Nie chciało jej się wierzyć, że w takiej chwili miała ochotę na żarty. – To bardzo proste. Z pewnością wiesz o wczorajszej „akcji” aurorów. Złapali Bellatrix.
Black ściągnął brwi, coś mu się najwyraźniej nie zgadzało.
- Idę sobie zaraz na miłą pogawędkę z Voldemortem, wiesz? Pochwalić mu się, jak to wydałam jego Bellę – dodała z niezbyt dobrze skrywaną paniką.
Syriusz zacisnął zęby i pięści tak mocno, że z pewnością go zabolały. Jeśli zaskoczyło go to, że Amelia skrycie pomagała Zakonowi, to nie dał tego po sobie poznać. Zawsze wiedział, że nie była zła. Zaślepiona zemstą, ale mimo wszystko pozostała dobra.
- On cię zabije.
- Och, wiem o tym. – Uśmiechnęła się.
I nagle zrozumiał, że nie wyobraża sobie dalej życia. Po jej przyłączeniu się do Śmierciożerców zawsze wiedział, że gdzieś tam Hewitt żyje. Nie brał pod uwagę opcji, że ta drobna osoba da się zabić. A jednak przecenił ją. Mówiła właśnie z uśmiechem o swojej śmierci, która z pewnością miała nadejść w ciągu kolejnej doby. Wypełniła go rozpacz tak wielka, że nie wiedział jak ją pokonać, nie miał sił.
- Od początku wiedziałaś. Poświęciłaś swoje życie, żeby zabrać mu służącą.
- To ktoś więcej. On nie umie kochać, ale kochałby ją jak córkę, gdyby tylko mógł. Więc może zrozumie cokolwiek z mojego bólu, kiedy dementorzy zabiorą jej duszę.
Deszcz przestał padać. Wszystko było teraz jakby mniej smutne, mniej szare. Gdzieś z oddali, zapewne z otwartego okna mieszkania, dochodziły wesołe rytmy kubańskiej piosenki.
- Dziękuję ci. Za dzisiaj, za wszystko co dla mnie zrobiłeś kiedyś – szepnęła i wstała, póki miała na to wystarczająco dużo silnej woli.
Syriusz złapał ją za rękę i także podniósł się z ławki. Przez kilka minut stali w zupełnej ciszy, patrząc sobie w oczy. W końcu ujęła jego twarz w dłonie, stanęła na palcach i przelotnie pocałowała go w policzek. Chwilę potem wyswobodziła się z jego objęć i pobiegła wprost przed siebie. Jak najdalej od wspomnień.
A on stał bezradnie, pozwalając by silny wiatr targał mu przydługie włosy. Stracił najważniejszą kobietę w swoim życiu, więc co innego mu pozostało?


Była jedną z niewielu osób, które przebywały na zewnątrz zamiast w ciepłych mieszkaniach z gazetą i pilotem w dłoniach. Nic dziwnego, skoro z nieba deszcz lał się wręcz strumieniami, nie pozostawiając na nikim suchej nitki.
Amelia szła przed siebie pewnym krokiem, nie spieszyła się, ale też nie przeciągała tchórzliwie tej chwili. Wiedziała, co ją czeka w ciągu najbliższej godziny i przyjmowała to ze spokojem, który zaskakiwał nawet ją samą. Przecież nie co dzień chodziła na własną egzekucję.
Skręciła gwałtownie w lewo i znalazła się w ciemnej uliczce z kontenerem na śmieci na samym końcu. Kopniakiem otworzyła blaszane drzwi po swojej prawej stronie i wkroczyła do starego magazynu. Teraz słyszała dokładnie jęki i błaganie o litość jakiejś kobiety oraz dziki śmiech przywodzący na myśl sople lodu – ostre i zimne.
- Powiedz lepiej, kto ci wydał Bellatrix, ty nic nie warta szlamo. – Chłodny głos odbił się echem od ścian. Czyżby Czarny Pan nie usłyszał jej wejścia?
Dziewczyna wyszła zza stalowych półek z puszkami farby. Jak się spodziewała, od razu zwróciła na siebie uwagę wysokiego bruneta stojącego naprzeciw niej. Tylko przez ułamek sekundy jego źrenice rozszerzały się w zdziwieniu, szybko przywołał się do porzadku.
- Panna Hewitt – mruknął z sarkazmem i już chciał kontynuować, kiedy Amelia mu przerwała. Była teraz niezwykle pewna siebie. Wiedziała, że jest w stanie zginąć, bo wykonała do końca swój plan. Zemściła się, a o to jej przecież chodziło, prawda?
- To ja napuściłam aurorów na twoją ukochaną Bellę – powiedziała z niemalże życzliwym uśmiechem. Na twarzy Voldemorta pojawił się czysty szok. Dopiero po kilku chwilach zaczął dopasowywać elementy układanki. Pluł sobie w brodę, że był tak zaślepionym głupcem, że nie zauważył niczego podejrzanego.
Błysnęło zielone światło i blondwłose ciało na podłodze u jego stóp przestało wić się w agonii. Patrzył wprost na swoją nową ofiarę. Jak ktoś tak młody mógł go przechytrzyć?
- Aż śmieszne, że nie zobaczyłeś tego wcześniej, Tom, wiesz? Ale teraz przynajmniej rozumiesz, co ja czułam, kiedy odebrałeś mi babcię. Sądzę, że na swój sposób nawet Bellatrix kochasz, co? Mówisz do niej w...
- Dość! - zagrzmiał mężczyzna. - Zapłacisz mi za to, ty zuchwała smarkulo – uśmiechnął się.
- Och, nie wątpię.
Zrobił kilka kroków w przód, nadal przypatrując się jej uważnie, śledząc najmniejszy ruch klatki piersiowej, nawet kciuka. Przekrzywił głowę w zamyśleniu, a potem przysunął się jeszcze bliżej dziewczyny. Albo była naprawdę głupia, albo nie dbała o siebie do tego stopnia, że za darmo odda życie.
- Nigdy ci nie mówiłem, Amelio, ale twoja babka była moim szpiegiem, najbardziej zaufanym szpiegiem. Idealnym – szepnął, żeby nadać chwili bardziej dramatyczny charakter.
Była przygotowana na wszystko: na tortury, na obrazy, na śmierć. Ale nie na takie wyznanie, które niczym sztylet raniło jej serce, z trudem łapała powietrze. Czuła się zdradzona. Tylko to słowo potrafiło trafnie oddać jej stan. Zdradzona i oszukana.
Teraz przynajmniej jasna była reakcja Śmierciożerców na przybycie Amelii. Znali przecież jej babcię, wiedzieli, że ona też będzie „idealna”.
- Bella będzie jutro wolna, a ty zginiesz, moja droga – mruknął cicho Voldemort i zrobił ostatnie dwa kroki, które dzieliły go od dziewczyny.
Wtedy poczuła, jak paraliżuje ją strach. Po prostu spanikowała. Więc poświęciła się za nic? Jej babcia należała to tak znienawidzonych przez nią potworów. Jaki był teraz sens w umieraniu za zemstę?
- Avada Kedavra!
Bezwładne ciało opadło z głuchym łoskotem na podłogę.

*

Siwy mężczyzna przeciągnął się w fotelu i ciężko westchnął. Popił ciastko kilkoma łykami herbaty i sięgnął po gazetę leżącą na biurku.
„Krótki tryumf Ministerstwa i tajemnicze morderstwa” głosił wielki nagłówek na pierwszej stronie, zaraz pod napisem Prorok Codzienny. Oprócz tego widniało tam zdjęcie poważnej kobiety z burzą ciemnych włosów – Bellatrix Lastrange.
- Wredny Mac – syknął z niechęcią Minister i zabrał się do lektury.
Według najświeższych doniesień naszego informatora, w poniedziałek w godzinach porannych znaleziono w opuszczonym londyńskim magazynie dwa ciała kobiet, które zamordowano najprawdopodobniej w niedzielny wieczór. Niepotwierdzone zeznania aurorów mówią, że jedną z nich była Dorcas Meadowes (od trzech lat auror) oraz Amelia Hewitt. Druga z zabitych wzbudza wiele kontrowersji, ponieważ na lewym przed ramieniu miała wytatuowany Mroczny Znak – była popleczniczką Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Jednak, jak wynika z innych źródeł, to właśnie ona przekazała do Biura Aurorów wskazówki, które pomogły w aresztowaniu Bellatrix Lastrange, także podejrzanej o związki z Sami-Wiecie-Kim.
Według Ministerstwa – to miał być przełom. Pani Lastrange miała być skarbnicą informacji o swoim panu i jego planach. Okazało się jednak, że Bellatrix wypuszczono w niedzielę popołudniu, a Minister publicznie przeprosił jej rodzinę za nieporozumienie.
Sprawy młodziutkiej panny Hewitt nikt z urzędników chce komentować. Jak wiemy, ponad rok temu zginęła babcia Amelii: także śmierciożerczyni, która miała dziwne powiązania z aresztowaniami „swoich”. Czy ma to oznaczać załamanie za linią wroga? Być może stara i szanowana rodzina postanowiła niszczyć niebezpieczeństwo od środka.

Minister uderzył dłonią w blat, dając upust swojej złości. Nie miał cierpliwości czytać dalej. Skąd, do cholery, Mac Fletcher wiedział, że ta dziewiętnastoletnia Amelia była Śmierciożerczynią? To miała być najlepiej strzeżona sprawa w tym miesiącu! W końcu to ona przekazała informacje o małżeństwie Lastrange, a zginąć mogła z rąk samego Voldemorta. Z pewnością nie była byle kim.
Mężczyzna otarł chusteczką czoło i westchnął po raz kolejny.
Nastały ciężkie czasy, które przerastały i jego, i całą społeczność czarodziejską.


Wysoki brunet stał po środku małego pokoiku. Przydługie włosy opadały mu na oczy, dłonie zacisnął w pięści tak mocno, że było mu widać ścięgna. Po policzkach chłopaka spływały łzy.
Jak mogłaś?

2009-06-16
skomentuj (21)




calliope, sobotni poranek, przypominajka, rose, lily, regulus, victor, berenika, life losers, morbid, dorcas, alice, nieproszeni.



autorka: majspot, prywatnie.



Szablon jest własnością moją. Jak ktoś zainteresowany to poprosić wystarczy.
Obrazki pobrane od antonelli, tekst, jak wszyscy wiedzą, pochodzi ze Zmierzchu.